Owszem, Autor wykazuje się przebogatą wiedzą historyczną i malarską, widać, że wie, o czym pisze, gdy opisuje techniki malarskie, budowę kościołów, renesansowe romanse. Widać, że jest włoskim profesorem literatury. I na tym koniec, dalej pusta przestrzeń lub, jak kto woli, czarna dziura, w której nie dzieje się nic szczególnego, nic, co intrygowałoby z jakichkolwiek przyczyn czytelnika. Zamiast ciekawej fabuły może i nie mniej ciekawe opisy architektury, malarstwa i renesansowych opowieści, jednakże nieco przydługawe w stosunku do ubogiej warstwy fabularnej. Zamiast frapującej zagadki nudne oczekiwanie, aż główny bohater rozważający przez całą powieść – powiesić się czy nie – zrobi to albo li też nie. Zamiast pikanterii, która aż prosiłaby się o wplecenie jej w tego rodzaju literaturę, jakieś namiastki, młodzieńcze mrzonki i mgliste insynuacje, że ktoś z kimś…
Ubóstwo wątku jest na tyle rażące, że po odfiltrowaniu „Mistrza…” z opisów pejzaży, architektury, technik malarskich głównego bohatera i jego mistrza, po usunięciu komentarzy historycznych, skądinąd czasami nazbyt zawiłych, pozostałby z jedenastu może jeden rozdział. Rozdział banalnie prosty, opisujący historię w stylu drogi do sukcesu amerykańskiego pucybuta.
Główny bohater, Cinìn albo też Gennaro, pojawia się na scenie jako posługacz przy krowach
i świniach, by po kilku przypadkach trafić pod strzechę mistrza Gilberta i samemu zejść ze sceny jako Mistrz Bladych Świętych, Mistrz Gennaro z Porretty. W międzyczasie podkochuje się nieszczęśliwie w swojej niegdysiejszej pani – Hrabinie Renno, która sama romansuje z lokalnym proboszczem, rodząc mu w końcu syna i zrażając tym do siebie Gennaro. Gdy jest już sławny, otrzymuje od niej zamówienie na pokrycie ścian kościoła freskami. Liczy na zwieńczenie swego artystycznego i życiowego sukcesu pochwałą i uznaniem z ust swej dawnej pani i niespełnionej miłości. Miast tego słyszy niezadowolenie, potępienie jego własnych idei malarskich. Sukces okazuje się być klapą, Mistrz postanawia się zatem powiesić, lecz, o ironio!, gdy w końcu skacze z drzewa z powrozem na szyi, lina okazuje się być zbutwiała. Powieść kończy się bólem gardła Mistrza Bladych Świętych.
Polecam jedynie zapalonym miłośnikom literatury historycznej, może oni znajdą w tej pozycji więcej wątków fabularnych.