Nie było takiej drugiej pary w całej Pradze. Bi end eL – kumple z ogólniaka. Latem, po maturze założyli wspólny interes za pieniądze z Unii i urzędu pracy. Jak dawali, to trzeba było wziąć, więc wzięli i teraz są panami na swojej ulicy, bo tam co drugi chodzi na żebry albo do monopolowego. Oni zaś za unijno-państwową kasę odnowili mieszkania w trzypiętrowej kamienicy, zawiesili szyld: «„Noł łimen” – Bolesław & Lesław, Spółka s.c.» i zaoferowali wynajem lokali warszawskim kawalerom, wdowcom, rozwodnikom, gejom i wszelkiej innej maści mężczyznom. W interesie tym chodziło zatem o to, żeby progi praskiej kamieniczki nie przekroczyła żadna dziewczęca, damska, wdowia, rozwiedziona, samotna, lesbijska, matczyna i wszelkiej innej maści stopa kobieca. Zasada wynajmu była zaś prosta. Stoi w dowodzie, żeś chłop i basta, to możesz mieszkać jak długo chcesz.
Pierwszy zgłosił się z gazetą w ręku starszy pan, który okazał się być wdowcem. Kiedy więc zobaczył ogłoszenie w miejscowej prasie, pomyślał sobie, że takie życie pod wspólnym dachem z samymi mężczyznami może okazać się dobrą terapią na jego traumę po świętej pamięci małżonce. Wreszcie żadna sąsiadka nie zapuka do jego drzwi niby pod pretekstem złożenia kondolencji, pożyczenia soli, prośby o przybicie gwoździa czy innej jakiej śpiewki, która niczym syreni śpiew zwodzi go na głębię smutku i żalu po ślubnej, a ból tak głęboki, wiadomo, można jedynie inną głęboką penetracją pokonać. Tylko ile czarnych dziur można penetrować w tym wieku? W końcu trzeba dać odpoczynek umęczonym członkom!
A że członki pana Wacława były już naprawdę umęczone, zamieszkał więc był na parterze, co by nie musiał wspinać się po zbyt wielu stopniach do swojego lokum.
Nie minęły dwa dni, a kolejny chętny zgłosił się do Spółki „Noł łimen”. Na pierwszy rzut oka wyglądał nieco podejrzanie, lecz po dłuższej rozmowie wstępnej przekonał biznesmenów do swojej osoby z wszystkimi jej dziwactwami. Dostał lokal nad panem Wacławem, na pierwszym piętrze. W dniu przeprowadzki podjechał pod kamienicę samochód ciężarowy, z którego przez prawie dwie godziny pracownicy firmy przewozowej wynosili niezliczone kartony z książkami, kasetami wideo i płytami CD, klatki z ptakami, chomikami i szczurami, akwaria z żółwiami i jaszczurkami, trzy wieże hi-fi, dwa telewizory, pięć magnetofonów „Grundig”, trzy zestawy głośników, wreszcie na końcu wynieśli łóżko wodne połączone na stałe z biurkiem, a do tego komputer z monitorem, klawiaturą i myszką.
„Dziwne!” – pomyślał pan Wacław, patrząc przez okno na wyładunek. „Żadnej szafy na ubrania, żadnych ubrań, żadnych regałów na książki, żadnych mebli do kuchni, żadnej pralki czy automatu, lodówki, kuchenki gazowej czy elektrycznej. Może to jakiś cyborg? Trochę na takiego wygląda. Kręcone, rude włosy, okulary à la denka od butelek, pryszcze i piegi na całej twarzy, ubranie niczym worek po kartoflach, buty pamiętające zapewne naukę marszu w jednostce wojskowej, postura rodząca respekt w ciemnej uliczce, a do tego ciastowate ciało, falujące przy każdym, najmniejszym ruchu. Cóż, może jednak nie będzie najgorszym sąsiadem? Przynajmniej nie będzie sąsiadką!” - powoli dokończył swoje rozważania i wyszedł, aby się przywitać z nowym najemcą.
Wspiął się z mozołem na pierwsze piętro i stanął, dysząc, z wywieszonym językiem przed czerwonymi drzwiami, na których wisiała wyuzdana fotografia mężczyzny, a nad nią napis: „Tutaj mieszka prawdziwy ogier”. Pan Wacław nie dowierzał własnym oczom, stał więc przez dłuższą chwilę z szeroko otwartymi oczami i opuszczoną szczęką, po czym, gdy już zdecydował się na naciśnięcie dzwonka, drzwi otwarły się z impetem, a w progu stanął ON. Nagi, w samych skarpetkach i tych wojskowych buciorach, w halce z woalu, sięgającej mu do końca pośladków. Dół halki z przodu był jakoś nienaturalnie sterczący. Po dłuższej wzrokowej penetracji podbrzusza rudego pan W. stwierdził niezbicie, że oto sąsiad przeżywa najprawdziwszy wzwód na jego widok. Wówczas poczuł, że w jego własnej bieliźnie zaczyna mu się robić za ciasno. I wtedy, niespodziewanie dla samego siebie, wyciągnął w kierunku sąsiada swoją spoconą dłoń i jakimś dziwnym przypadkiem delikatnie musnął sterczącego członka, po czym zmieszany zdążał dalej dłonią coraz wyżej i wyżej, a wraz z nią uczepiona paznokcia halka, obnażając bogactwo rudego. W końcu ręka Wacława odnalazła dłoń rudego, uchwyciła ją męskim uściskiem, a usta wypowiedziały zdawkowe:
- Witam sąsiada… Mieszkam…, mieszkam pod panem…, to znaczy na parterze… Nazywam się Wacław.
- Miło nam – odpowiedział rudy, kierując rękę Wacława w kierunku swojego penisa. – My nazywamy się Rudy i jego pies - w tym momencie ręka Wacława dotknęła sztywnego psa Rudego.
Tego było już za dużo, jak na słabe serce starszego pana, więc z mieszaniną speszenia i oburzenia wyrwał swoją dłoń z uścisku, który tak niespodziewanie dla niego stał się intymnym, i rzucając przez ramię coś w rodzaju pożegnania-przekleństwa, zbiegł czym prędzej po schodach, zadziwiając samego siebie własną krzepą.
Po dotarciu do wynajmowanego lokum zabarykadował drzwi, wziął relanium, usiadł w fotelu ze wzrokiem tępo wbitym w ścianę i postanowił, że nie opuści mieszkania do końca dnia. Jednak po jego upływie pan W. nadal siedział skamieniały w szoku. Minął tydzień, a starszy pan w dalszym ciągu ani drgnie z miejsca. Zaniepokoiło to bardzo Spółkę „Noł łimen”, postanowili zatem nawiedzić swojego najemcę.
Jako właściciele kamienicy posiadali klucze do wszystkich lokali, kiedy więc pan Wacław nie reagował na dzwonek, otwarli mieszkanie zapasowym kompletem i weszli stroskani do środka. Chodzili, nawoływali, sprawdzali wszystkie kąty, a Wacława ni widać, ni słychać. Nagle coś jakby zaszurało w fotelu. Podeszli, oczy przetarli, a tam ledwie połowa Wacka siedzi, połowa oczu na świat patrzy, połowa uszu słucha ich nerwowych pytań, połowa mózgu myśli, połowa ust bełkocze coś niezrozumiale. Myślą zbici z tropu: „No ładnie! Kto nam teraz drugą połowę czynszu zapłaci? Boć przecie skoro tylko połowa Wacława wynajmuje lokal, to winna ta połówka połowę czynszu płacić. Trzeba wzmóc poszukiwania nowych lokatorów i czynsze wyższe dla nich ustalić, aby pokryć oczywiste straty”.
Po tej smutnej wizycie poszły do prasy nowe ogłoszenia, a nawet strona internetowa dla mężczyzn powstała, aby ich zachęcić do zamieszkania w komunie dla nich przecie stworzonej. Bi end eL zastanawiali się nawet nad wykorzystaniem fenomenu połowiczności Wacława dla zwiększenia siły reklamy, lecz szybko doszli do wniosku, że raczej należałoby ów przedziwny wyjątek ukryć głęboko przed opinią publiczną, zwłaszcza przed przeciwnikami skłotu, dla których Wacek mógłby się okazać koronnym argumentem na szkodliwość tego typu eksperymentów. Oczami wyobraźni widzieli już tytuły w lokalnych gazetach: „Mężczyzna bez kobiety to połowa człowieka”, „Mężczyźni, którym amputowano drugą połowę ciała”, „Gdy kobiety brak, to z mężczyzny wrak” itd. Zaniechali więc jakichkolwiek wzmianek na temat dotychczasowych lokatorów, ograniczając się jedynie do lakonicznego zapewnienia potencjalnych klientów o dobrym i miłym sąsiedztwie.
Na efekty tak zwartych działań marketingowych nie trzeba było długo czekać. Wystarczył dzień, a przed siedzibą Spółki „Noł łimen” ustawiła się kolejka długa niczym przy castingu na modela. Stały więc w tym ogonku modelowe przykłady męskości, a jeden bardziej androgenny od drugiego. Naprężali się, obnażali, wyprężali, rozpinali, podniecali, kiwali, drapali, w końcu zakwalifikowali się następujący panowie: Arnold U., Zenon W., Gerard Z., Hubert O., Maurycy S. i Fabian N.
Pierwszy wprowadził się Arni, któremu przydzielono mieszkanie na parterze, obok Wacława. Ze względu na muskulaturę, która zajmowała półtorej miejsca przewidzianego normalnie na jedną osobę, podniesiono Arniemu czynsz o jedną drugą, co oczywiście pokryło straty poniesione na połowiczności Wacka. A był Arni łagodny niczym baranek, chociaż rosły jak tur. Siły miał za dziesięciu, chociaż wstydliwy był niczym dziewica. Taka to była kraciasta natura Arniego, a wszystko być może z powodu szkockiego pochodzenia, którego bynajmniej nie wstydził się, a wręcz przeciwnie obnosił się z nim wszem i wobec, chadzając na zakupy w kildzie w wersji mini, aby przy okazji zaprezentować piękną rzeźbę swojego ciała.
Obok Rudego zamieszkał Zenek – meloman i koneser sztuki, który już w pierwszym dniu wynajmu nie omieszkał przedstawić sąsiadowi zasady dobrego smaku i estetyki, licząc na inteligentną reakcję, czyli na usunięcie niesmacznej fotografii. Cóż, czyż jego oczekiwania były naprawdę zbyt duże, skoro Rudy nie tylko nie zaskoczył we właściwy tryb, ale na domiar złego zapewnił Zenka, że go rozumie i się z nim zgadza, i dla dobra estetyki jest gotów upodobnić jego drzwi do swoich? Koniec końców pan Z. nie poddał się po pierwszej porażce, ale, przeciwnie, podjął wyjątkową krucjatę, której nabożnym celem było urobienie gustu Rudego podług własnego kanonu piękna.
Drugie piętro Spółka „Noł łimen” wynajęła Gery’emu i Hubertowi, dwóm biznesmenom pracującym w Śródmieściu, nowobogackim snobom uzależnionym od wszelkiego rodzaju sprzętu elektronicznego, markowych ciuchów, samochodów klasy A i własnego, nienagannie skrojonego w PR-owskim guście image. Jak się wkrótce okazało, podobieństwa i wspólne zainteresowania obydwu sąsiadów nie kończą się na powyżej wymienionych aspektach, ale sięgają daleko głębiej, łącząc jednego z drugim w niemal nierozerwalną całość. Stąd już po miesiącu dało się słyszeć odgłosy rąbania, wiercenia i stukania, których celem miało być zespolenie dwu mieszkań w jeden apartament dla młodych kochanków.
Wreszcie lokale na trzecim piętrze wynajęli Mauro i Fabi. To była dopiero krakowska mieszanka.
M., jako zapalony naukowiec i wynalazca, całymi dniami przeprowadzał eksperymenty naukowe na poddaszu, które Bi end eL pozwolili mu zaadaptować na potrzeby laboratorium. Wieczorami lubił nachodzić swojego najbliższego lokatora, aby podzielić się z nim najnowszymi odkryciami.
Fabi – kobieta, która od dziecka czuła się mężczyzną, do czego udało się jej przekonać nawet stołecznych urzędników i uzyskać w ten sposób wpis męskiej płci do dowodu – parała się sztuką konceptualną. Co w praktyce oznaczało „paranie się sztuką”, ani tym bardziej „sztuka konceptualna” sama Fabianna, ani też sam Fabian wytłumaczyć nie potrafili, a wręcz z uporem twierdzili, że nie wolno im ograniczać sztuki do jakichkolwiek ciasnych ram definicji. Konceptualizm F. polegał zatem z grubsza na braku konceptu, co zgadzało się z zasadą, że wszelki koncept zadaje gwałt wolności, a sam konceptualizm jest czystą, wyabstrahowaną wolnością i swobodą myślenia, tworzenia, działania i niedziałania, czy jakoś tak.
Najbardziej szokujące dla męskiego skłotu były jednak formy, jakie owa konceptualna sztuka w wydaniu F. przyjmowała. Lubił(a) Fabi dla przykładu podglądać życie intymne lokatorów, siedząc wieczorem w oknie swojej garsoniery. Taka forma nosiła miano happy-evening. Nie mylić z happeningiem! Nad ranem zaś Fabi zapalał(a) pod drzwiami każdego sąsiada znicz tak, aby dzień rozpoczynali od myśli od śmierci, czemu z kolei F. nadał(a) nazwę memory. Nie mylić z memento mori!
Duchowe wyżyny osiągała jednak sztuka F. wówczas, gdy Fabi nawiedzał(a) po kolei mieszkania sąsiadów i z każdym próbował(a) nawiązać nić męskiego porozumienia.
I tak u pana Wacława nić nawiązywała się tylko do połowy, boć przecie tylko połowa Wacka na tym świecie została. U Arniego, nim zdążyła się zawiązać, pękała z trzaskiem, bo ją Arni zbyt mocno naprężał. U Rudego, szkoda gadać, uwaga F., miast zawiązywaniem nici, zaabsorbowana była psem, który stale pałętał się między nogami. Zenek, zdałoby się dusza pokrewna, nie podzielał jednak włókienniczych zainteresowań F. Gery i Hubert tak bardzo splątani byli siecią wzajemnych powiązań, że żaden nie był w stanie chociażby jednego końca nitki odnaleźć, który mógłby podać F., co by przywiązał(a) go do swojego koniuszka. No, a Mauro? Cóż, jego męska nić służyła książkom jako zakładka i komórkom nerwowym jako neuryt, była więc zbyt cenna, aby skromna osoba Fabianny, ani nawet Fabiana mogła ją wplatać we własną sztukę, chociażby i konceptualną.
Tak to artystyczne wizje i ambicje F. osiągnęły swój szczyt na trzecim piętrze praskiej kamienicy „Noł łimen”, gdzie dotąd liże swą damsko-męską samotność jakiś Fabian, a może jakaś Fabianna.
A Spółka Bolesław & Lesław? Po nazbyt traumatycznych przeżyciach w kamienicy „Noł łimen” i w obawie przed ewentualnymi problemami w razie założenia kolejnej komuny w wersji „Noł men”, postanowiła przebranżowić się i założyć schronisko dla zwierząt pod szyldem „Noł hiumen”.