„Loving You Sunday Morning”, kawałek który otwiera płytę nie zapowiada jeszcze trzęsienia ziemi. Kilka zwrotek zaśpiewanych w charakterystycznej dla Klausa Maine manierze nie rzuca na kolana, ot, kawałek jakich wiele, choć obawiam się, iż na współczesnych płytach firmowanych przez Scorpions zrobiłby furorę. Ale chwilę później zaczyna się ostrzejsza jazda. „Another Piece Of Meat” to kawałek piekielnie szybki jak na tamte czasy, mocne gitary, zdecydowana perkusja, to wszystko robi wrażenie. Chwilę później słuchacz zostaje ukojony dźwiękami pięknej ballady „Always Somewhere”. Spokojne gitarowe tony przeplatają się z wokalem Klausa, a w całości zawarta jest jakaś nieuchwytna tęsknota. I od tego momentu robi się już przebojowo.
Mimo iż od wydania „Lovedrive” upłynęło naprawdę sporo czasu, to kolejne kawałki stanowią żelazny repertuar koncertów Skorpionów. Instrumentalne „Coast to coast” ze znakomitym gitarowym motywem powracającym po wielokroć, za nim nieco słabsze „I Can’t Get Enought”, przypieczętowane wielką trójcą: nieco melancholijnym „Is There Anybody There?”, porywającym tytułowym „Lovedrive” oraz monumentalnym „Holiday” sprawiają, że płyta ta ma swoje stałe miejsce w historii rocka.
Po „Lovedrive” było już tylko lepiej- Animal Magnetism, Blackout i ukoronowanie złotych lat Scorpionsów „Love at First Sting”. Ale o tym innym razem.