Ale jak ostrzega serwis Gazety.pl, na urlopie nie wszystko co lokalne jest dobre, a zapał z jakim zgłębiamy kuchnie innych narodów może się okazać dla nas zgubnym.
Mianowicie powstała bardzo subiektywna lista koszmarnych przysmaków.
Przyznaję z punktu - opis jest nader plastyczny, jak komu nie starczy imaginacji może poratować się nader realistycznymi fotkami (widok pieczonej świnki morskiej to rzecz dla wielbicieli horrorów klasy C i niżej), ale żeby nie było że nie ostrzegałam - jeśli nie lubicie robaków, w widok uciekającej stonogi budzi w was dreszcze, to nie klikajcie.
A jeśli zaliczacie się przypadkiem do osób wrażliwych inaczej, to mimo wszystko podczas lektury wspomnianego artykułu wyobraźnię zawieście na kołku. W przeciwnym razie mamy jak w banku, że grilowane tarantule, których niejadalne nogi można wykorzystać po posiłku w charakterze wykałaczek przyśnią nam się, bynajmniej nie w charakterze miłego marzenia.
Sam tekst stanowi doskonałą ilustrację tezy, że głód potrafi zmusić człowieka do nieprawdopodobnych osiągnięć i że w zasadzie pewien krasnolud, który jadł wszystko co zdołał dogonić i obezwładnić nadaje się świetnie na patrona podróżników.
Z drugiej strony - co kraj to obyczaj. Goście przybywający do Polski z pewną taką nieśmiałością podchodzą do naszych kiszonych ogórków i równie dobrze ukiszonej kapusty (na zsiadłe mleko za sprawą nowoczesnych środków produkcji raczej nie można liczyć), po czym o ile spróbują to są w stanie przekonać się całkowicie i zupełnie do naszych narodowych specjałów. Więcej, z pewnych źródeł wiem, że trafiają się porządni Niemcy, którzy szaleją na punkcie kiszonych ogóreczków. "Polnische gurken" dostępne w swoich sklepach lekceważą z całą świadomością i tylko czyhają na wieść o tym, że zaprzyjaźniona Polka bierze się za domowe przetwory. Rzeczona Polka przewidująco robi od jakiegoś czasu kilka słoików "na zapas".
A czy my bylibyśmy skłonni namawiać naszych azjatyckich przyjaciół do odsypania nam słoika albo i dwóch suszonych koników polnych?