W zasadzie studiowanie ma same plusy - człowiek wyrywa się z rodzinnego miasta, wpada po uszy w nowe środowisko, poznaje nowych ludzi i w ciągu kilku tygodni zdobywa całkiem pokaźny bagaż doświadczenia życiowego.
Jednym z przeżyć z gatunku niezapomnianych bywa wspólne dogrywanie się ze współlokatorami w kwestii zagadnienia własności. Bowiem studenci bywają nader skłonni do wprowadzania w życie pełnej komuny, na zasadzie co twoje to i moje. Dotyczy to rzadziej towarzyszek życia/ towarzyszy życia współmieszkańców, a częściej past do zębów, szamponu, niekiedy ubrań a przede wszystkim jedzenia. I piwa.
Jedzenie jest ważną czynnością życiową studenta. Z drugiej jednakże strony student, nauczony doświadczeniem w pierwszej kolejności wydaje gotówkę swą na (na podręczniki, hehe) piwo, fajki, kosmetyki i co tam mu jeszcze do życia potrzeba. Jedzenie zawsze można zdobyć w inny sposób. Można iść odwiedzić znajome dziewczyny na ich stancji (przetestowane, dziewczyny zawsze mają jakiś zapas żarcia na czarną godzinę, a nawet jak nie mają, to z mąki, jajka i mleka nasmażą naleśników. Dla panów to zwykle zbyt wysoki stopień wtajemniczenia). Można poczęstować się zapasami współlokatora, z jego wiedzą bądź bez jego wiedzy.
Jest to problem niewątpliwie delikatny i doprowadzający niektóre jednostki do stanu zwanego popularnie wkuuuu...rzeniem. Owszem, zawsze można się dogadać bądź przyzwyczaić. Ale zanim przeprowadzicie negocjacje możecie zacząć
a) sypiać z chlebem i ziemiakami
b) nie robić najmniejszych zapasów
c) zabezpieczyć się w inny sposób.
Na przykład za pomocą antyzłodziejskiej torebki śniadaniowej, prezentowanej na TrendHunterze. Drobiazg ten posiada niebanalny wzór... i na tym może poprzestańmy. Zainteresowanych odsyłam do źródła ;)
Swoją drogą byłby to hit w akademiku.